Rohindża

03-Kutupalong-OldCamp1.png

Bengalska armia jest widoczna na każdym kroku, jednak nie mamy najmniejszych problemów z wejściem do obozu. Wydają się być zaciekawieni naszą obecnością, jednak nie komentują ani nie pytają o nasze papiery. Nie do tego jesteśmy przyzwyczajeni i zdecydowanie nie tego oczekiwaliśmy. Wchodzimy do największego obozu na świecie, gdzie nowi uchodźcy rejestrują się każdego dnia, jednak nie ma tu ani płotu, ani bramy, a za wejście służy lokalny targ. Mijamy strażników z Kazim, naszym przewodnikiem, który prowadzi lokalną fundację o nazwie Mastul. Pracują w Kutupalong i Balukhali od kiedy nowa fala muzułmanów Rohindża zaczęła przybywać do Bangladeszu jesienią 2017 roku. Kazi sprawnie porusza się po wąskich alejkach obozu wyjaśniając, że pół roku temu większość terenu była zamieszkała przez słonie, nie ludzi, ale sytuacja w sąsiedniej Mjanmie, dawniej Birmie, wpłynęła nie tylko na ludzkie życie, ale także na środowisko naturalne w Bangladeszu.

Jest biednie, bardzo biednie. Wydaje się, że ludzie tutaj nie mają prawie nic. Ubrania, które mają na sobie, czasem garnek, talerz, dywan, na którym śpią podarowany przez jedną z organizacji humanitarnych. Według Światowego Programu Żywności, przynajmniej 80% tutejszej populacji polega całkowicie na pomocy humanitarnej. Pierwsze spojrzenie na obóz ze szczytu wzgórza obezwładnia. Setki tysięcy bambusowych chat zalały horyzont. Pięćdziesięciotysięczny obóz zamienił się w ciągu pół roku w półmilionowy. A to nie jedyny obóz w regionie. Jest ich szesnaście! Reszta jest zdecydowanie mniejsza, jednak tak samo biedna i źle zaopatrzona jak Kutupalong. Skala kryzysu jest ogromna. Od 25 sierpnia 2017 roku prawie 700 000 Rohindża przedostało się do Bangladeszu przez rzekę Naf uciekając przed czystkami etnicznymi w Mjanmie. Wydarzenia te, które były prawie niezauważone przez świat zachodu, teraz coraz częściej nazywane są ludobójstwem.

Zauważamy, jak straumatyznowana jest społeczność obozowa już kilka minut po wejściu do obozu. Grupka bosych dzieci wita nas radosnym „How are you” i towarzyszy w drodze do szkoły organizacji Mastul. Jeden z chłopców wskazuje na prawo starając się wytłumaczyć, gdzie mieści się jego chata i od razu dodaje: - Ale moich rodziców tu nie ma, moi rodzice … - przykłada dwa palce do skroni w geście symulującym strzał. Powtarza to dwa razy, a jego twarz nie wyraża prawie żadnych emocji. - Rozumiesz? – pyta mnie. Jestem w szoku, ale rozumiem. Ten chłopiec, podobnie jak wiele dzieci w tym obozie, straciło rodziców na skutek czystek etnicznych w ich ojczyźnie.

Trudno mi znaleźć słowa po tej pierwszej interakcji z chłopcem, bo co tak naprawdę można powiedzieć sierocie, która była świadkiem zabójstwa własnych rodziców? I jaka powinna być odpowiedź na okrucieństwo, którego świat nie widział od czasów ludobójstwa w Ruandzie?

Docieramy do szkoły Mastul. Jest zbudowana z bambusa, jak prawie wszystko tutaj, ale wydaje się być stabilniejsza od domostw uchodźców. Wielkie otwarcie zapowiedziane jest na następny dzień, pomimo, iż nie wszystko jest gotowe. Brakuje pieniędzy na wynagrodzenie dla nauczycieli i na książki dla dzieci, ale Kazi liczy, że wkrótce zdobędzie jakieś dotacje. Przedstawia nas kilku ojcom, którzy przyprowadzili dzieci do szkoły. Nasza kamera przykuwa ich uwagę. Chcą się podzielić swoją historią w nadziei, że wszyscy w Europie i Stanach dowiedzą się o przemocy, jakiej doświadczyli w Mjanmie i coś się zmieni.

- Widzieliśmy dym i płomienie dochodzące z sąsiedniej wioski. Nie czekaliśmy długo. Zabraliśmy tylko kilka rzeczy i zaczęliśmy uciekać. Nie wszyscy biegli wystarczająco szybko. Żołnierze strzelali, podcinali gardła i odcinali ręce. Myślę, że oszalałabyś gdybyś to zobaczyła. Na prawdę oszalała. Zabili mojego brata, mój syn ciągle ma rany na ręce – opowiada jeden z ojców i na potwierdzenie wzywa syna. Blizny są widoczne na całej długości ramienia.

- Czy możemy odwiedzić innych rannych Rohindżów, aby zebrać ich zeznania? Gdzie są? Z pewnością jest ich sporo – pytam odważnie Kaziego, jednak jego odpowiedź ujawnia mój brak zrozumienia sytuacji. - Prawie w ogóle. Jest trochę chorych w klinice obozowej, ale nie ma rannych. Widzisz, droga z Mjanmy do Bangladeszu zajęła im kilka dni, czasem dziesięć, czasem dwanaście. Wśród Rohindżów nie ma lekarzy. Ranni nie przeżyli. Tak samo jak wielu starców. Nie mieli jedzenia ani lekarstw w drodze.

Zapoznaliśmy się z raportem Wysokiego Komisarza ONZ do spraw Uchodźców odnośnie pierwszych dni kryzysu. Niekończące się kolejki niedożywionych uchodźców czekające na granicy Bangladeszu i proszące o azyl. Negocjacje ONZ były konieczne, aby Bangladesz zgodził się na wpuszczenie Rohindżów. Bangladesz nie był przygotowany na kolejną falę uchodźców. Przyjął już sporo w latach 70. i 90. gdy armia birmańska zaatakowała stan Rakhine, tadycyjnie zamieszkały przez muzułmanów Rohindża. Tym razem jednak skala była o wiele większa. Kraj, w którym zarabia się średnio $2 dziennie, nie jest w stanie udźwignąć ciężaru przyjęcia setek tysięcy uchodźców. Bariery ekonomiczne z jednej strony i międzynarodowa presja z drugiej sprawiły, że Bangladesz wybrał drogę pośrednią. Pozwolił Rohindżom przekroczyć granicę, ale nie uznał ich za uchodźców. To oznacza, że żyją oni w relatywnie bezpiecznym miejscu z niewielką ilością dostępnej pomocy, ale nie mają prawa do pracy ani dodatkowych świadczeń. Władze nie chcą również aby uczyli się zgodnie z bengalskim programem, aby nie dać im nadziei na stały pobyt. Dodatkowo, rząd negocjuje z Mjanmą repatriację Rohindżów. Miała się ona rozpocząć pod koniec stycznia, jednak została przełożona ze względów logistycznych. Oba rządy przyrzekły włączyć w proces tylko tych uchodźców, którzy powrócić chcą dobrowolnie.

- Nie wrócimy bez naszych praw. Chcemy swobody poruszania się, dostępu do służby zdrowia, edukacji i możliwości aplikowania na stanowiska rządowe. Bez tego nie wrócimy, bo sytuacja znowu się powtórzy – komentuje jeden z mieszkańców Kutupalong. W obozie na próżno szukać nie tylko osób chętnych do powrotu, ale również takich, które wiedziałyby o rozmowach dotyczących repatriacji. Dlaczego mieliby chcieć powrócić do kraju, który egzekucji poddał całe wioski, po czym zaprzeczył jakiejkolwiek działalności militarnej w regionie. Trudno tu znaleźć kogokolwiek, kto nie doświadczyłby lub nie był świadkiem przemocy ze strony birmańskiej armii. Słuchamy opowieści za opowieścią i nie możemy uwierzyć, że świat nie reaguje. Motywy podrzynanych gardeł, palonych domów i masowych gwałtów należą do najczęściej powtarzanych. Niektóre organizacje międzynarodowe przeprowadziły wywiady z tymi, którzy przetrwali, ale prawie nikt nie został wpuszczony do stanu Rakhine, aby zobaczyć skalę zniszczeń.

Bezpieczne schronienie w Bangladeszu ma swoją cenę. Rohindżom nie wolno opuszczać obozu. Lokalny targ przylegający do obozu to najdalsze miejsce, do jakiego mogą swobodnie pójść. Armia monitoruje jedyne dwie drogi prowadzące z obozu do miast Ukhia i Cox’s Bazar. Punkty kontrolne mogą przekroczyć tylko osoby z ważnym dowodem. Rohindża zorganizowali więc swoje życie wewnątrz obozu. Są tu małe sklepy, krawcy, fryzjerzy, meczety. To imponujące jak szybko powstała ta namiastka normalności. Jednak myśl o byciu pozbawionym swobody poruszania się, przeraża mnie. Całe życie w jednym miejscu! Bardzo prymitywnym miejscu, jak ten obóz!

Jakkolwiek trudno w to uwierzyć, w obozie jest już pokolenie, które się tu urodziło. Ich rodzice przybyli w latach 90., a ich nastoletnie teraz dzieci nigdy nie miały okazji sprawdzić, jak wygląda życie poza tym miejscem. Obóz to jedyna rzeczywistość, jaką znają. Nie zaznali przemocy w Mjanmie, ale lepiej wykształceni i znający nieco język angielski, starają się lobbować za sprawą Rohindżów.

Pomimo okrucieństwa, jakie zaznała ta społeczność i ogromnej biedy, jedna rzecz czyni Kutupalong radosnym miejscem. To dzieci. Około 50% mieszkańców nie ukończyło 18 roku życia, a około 30% ma mniej niż 5 lat. Dzieci biegają po obozie zazwyczaj bose i nagie, czasem odziane w biedną i brudną koszulkę. Bawią się wszystkim, co jest dostępne. Z dużych plastikowych butelek budują sanki, a worki na śmieci to świetny materiał na latawce. Są głośne i radosne.

Dzielę się tą uwagą z Irfanem, który pracuje w obozie Thangkhali, oddalonym o 20 minut jazdy od Kutupalong. Przyznaje, że dzieci są w centrum uwagi niemal każdej organizacji humanitarnej w regionie. Wiele z nich jest nadal niedożywionych, inne pozbawione są nawet tej najbardziej podstawowej edukacji, jaką oferują obozy. - Czy zauważyłaś coś dziwnego w strukturze wieku tych dzieci? – pyta Irfan. - Wszystkie są bardzo małe – odpowiadam nie będąc pewna czy to ma na myśli. - Zgadza się, a na dodatek bardzo mało tu nastoletnich chłopców – odpowiada wiedząc, że konieczne będą dalsze wyjaśnienia. – Nie dotarli do Bangladeszu. Ludobójstwo w Mjanmie miało charakter ustrukturalizowany. Armia za główny cel obrała sobie chłopców w wieku od 14 do 20 lat, pokolenie na tyle dojrzałe, aby zapamiętać okrucieństwo armii, a równocześnie na tyle młode, aby wrócić i pomścić tych, którzy zginęli w czasie czystek etnicznych.

To niesprawiedliwe, nawet bardzo niesprawiedliwe, ale nie mogę się oprzeć porównaniu sytuacji Rohindżów i przybywających do Europy Syryjczyków, Irakijczyków i Afgańczyków. Gdziekolwiek do tej pory pracowałam, w Serbii, Grecji, Hiszpanii, zawsze byłam w stanie dostrzec rozwiązania, które poprawiłyby sytuację uchodźców. Tutaj jednakże, na południu Bangladeszu, gdzie milion uchodźców spędzi prawdopodobnie całe życie w obozach bez możliwości swobodnego przemieszczania się, gdzie ekonomia i polityka nie pozwolą na poprawę ich sytuacji, nie ważę się komentować. Tylko jedna myśl przychodzi mi do głowy: uchodźcy w obozach na terenie Europy są szczęściarzami… znowu, komentarz bardzo niesprawiedliwy.

 

Sonia Nandzik

Współzałożycielka 1976km

Douglas Herman