Noc Taka Jak Ta

ANightLikeThis-revised.jpeg

Wczesne lato 2016 roku, granica Serbsko-Węgierska i setki koczujących tam uchodźców. Namioty zrobione z wszystkiego, co było pod ręką, kocy, ręczników, starych ubrań, patyków. Ludzie gotują na wolnym ogniu cokolwiek się nadaje do zjedzenia i cokolwiek mogą kupić w drogim przygranicznym sklepie za pieniądze przysyłane niektórym szczęśliwcom przez rodziny będące w lepszych miejscach. 

Płacz niemowlęcia dochodzi zza krzaków, matka próbuje je uspokoić karmiąc piersią pod drzewem. Obok, inne zmęczone dzieci śpią na brudnych kocach, kobiety gotują, sprzątają otoczenie, tak jakby był to ich prawdziwy dom. To mój drugi dzień w tym miejscu i wszystko jest inne od dotychczasowych doświadczeń. Wiem, że nie powinnam się natrętnie wpatrywać. Ci ludzie przeszli zbyt wiele, aby teraz być traktowani jak zwierzęta wystawiane na pokaz pracownikom organizacji humanitarnych, wolontariuszom, dziennikarzom i turystom. Odwrócenie wzroku przychodzi jednak z trudem. Dzieci bawiące się ziemią, dziewczyna w ciąży szukająca odrobiny spokoju w cieniu drzew. Codzienne aktywności w niecodziennych okolicznościach.

Karmiąca kobieta z serdecznym uśmiechem zaprasza nas na kolację. Nie chcemy obrazić rodziny, przyjmujemy zaproszenie. Kolacja jest pikantna i pyszna. Rozmawiamy o codzienności obozowej i o tym, co się dzieje na granicy, w końcu odważam się zapytać o życie w ich ojczyźnie. „W Syrii nie ma życia”, słyszę w odpowiedzi. „Dwa lata przeżyliśmy w strachu modląc się, aby następny atak ominął naszą dzielnicę. Dostawy prądu i wody kilka razy w tygodniu musiały nam wystarczyć. Dzieci nie chodziły do szkoły, nasz sklep jest kupą gruzu. Tak nie można żyć, z takiego miejsca trzeba uciekać, trzeba szukać przyszłości dla dzieci.”  I oto ich teraźniejszość i zapewne przyszłość na dłuższy czas: dziki obóz na granicy, dwie toalety, dwa prysznice na 400 osób, zamknięta granica. 

Ojciec rodziny definiuje codzienność obozową jednym słowem: kolejki. „Każdego dnia ustawiamy się w kolejce po jedzenie, po pieluchy dla dziecka, po koc, aby naładować telefon, porozmawiać z UNHCR (Biuro Wysokiego Komisarza ONZ do spraw Uchodźców). To ciągłe czekanie. Później wracamy do namiotu, śpimy, budzimy się i znowu ustawiamy się do kolejek.” W nieformalnym obozie na granicy brakuje wszystkiego. Nic też, poza dziećmi, nie pozwala odciągnąć myśli od zamkniętej granicy.

Moi rozmówcy to rodziny szczęśliwców. Są Syryjczykami, dostaną więc pierwszeństwo w przekroczeniu granicy. W tamtej chwili każdego dnia po 15 osób na każdym z dwóch przejść granicznych miało możliwość proszenia o azyl na Węgrzech.  Kolejka jest długa. Rodziny z Syrii i Iraku umieszczane są na początku, samotni mężczyźni z Pakistanu i Bangladeszu na końcu. 

Kończymy kolację. Dwóch chłopców zasypia na kolanach ojca a karmione wcześniej dziecko w ramionach matki. Kobieta prosi mnie o potrzymanie go, gdy sprząta naczynia. „Urodziłam je w Grecji”, mówi. „Zaczęłam rodzić, gdy zbierałam drewno na opał wokół obozu. Gdy lekarz przyjechał było już za późno, żeby jechać do szpitala i urodziłam tam, w krzakach. Dwa dni później usłyszeliśmy, że Węgrzy zamknął granicę, więc musieliśmy ruszać. Byłam słaba, ale dałam radę. Całą drogę przeszliśmy na piechotę. Chcieliśmy tylko zdążyć przed zamknięciem. Nie udało się.” 

Jest ciemna noc, tlące się ognisko i oddalone światła przejścia granicznego to jedyne oświetlenie obozu. Rozglądam się wokół i widzę kilkanaście palących się ognisk. Przy każdym rodzina. Wydaje się, że ludzi jest tu tak wiele, a przecież Serbia to tylko kraj tranzytowy. Co z masami, które są w Grecji, Włoszech, Turcji?

Moja syryjska rodzina koczowała na granicy kilka miesięcy. Pomimo tragicznych warunków, w jakich żyli, zawsze powtarzali, jak bardzo są szczęśliwi, że przebywają w bezpiecznym miejscu. Udało im się w końcu złożyć podanie azylowe na granicy. Zostali przetransportowani do jednego z obozów na Węgrzech.

Noc taka jak ta zmienia człowieka, a było ich wiele w wciągu ostatniego roku. Towarzyszyły im opowieści o bombardowaniach, śmierci bliskich, strachu, straszliwej biedzie. Warunki, w jakich słuchałam opowieści wywoływały smutek, frustrację, często niemoc. Wbrew wszystkiemu, powroty do Polski były najtrudniejsze. Wracasz do rzeczywistości, której już nie rozumiesz, w której musisz tłumaczyć sprawy dla ciebie najbardziej oczywiste. I wydaje się, że życie jak wcześniej jest prawie niemożliwe, bo nie możesz „odwidzieć” tego, co zobaczyłaś i „odsłyszeć” tego, co usłyszałaś.

Sonia Nandzik
1976km Cofounder

Douglas Herman